Władysław Cywiński

Przerwany życiorys Włodka

Wspinaczka na północno-zachodniej ścianie Tępej była ostatnią drogą Władysława Cywińskiego, najwybitniejszego znawcy oraz pasjonata topografii Tatr, taternika z zamiłowania, ratownika TOPR i przewodnika tatrzańskiego z profesji, zagorzałego ochroniarza przyrody tatrzańskiej oraz człowieka o zdecydowanych przekonaniach i światopoglądzie. Zginął w ładnym zakątku Tatr w Dolinie Złomisk.

Swoje życie zaplanował już w wieku młodzieńczym a potem konsekwentnie plan ten realizował. Będąc w świetnej – jak na swoje lata – formie i kondycji fizycznej, mógł zrealizować jeszcze wiele planów ale życie Włodka zostało nagle przerwane. Co prawda brał ten fakt pod uwagę, że kiedyś limit udanych wspinaczek może się wyczerpać. Mawiał: „Statystyka jest nieubłagana – jeżeli chodzę po Tatrach 200 dni w roku, to tam wcześniej lub później znajdę śmierć” i tak też się stało, tylko jeszcze trochę za wcześnie. Te pół wieku wspaniałej przygody tatrzańskiej, przeżywanej na wielu płaszczyznach, tak kiedyś podsumował: „Jestem zadowolony z życia, gdybym miał je jeszcze raz przeżywać – zmieniałbym bardzo niewiele”. Dewizę życia miał następującą: „Jeśli już być na tym wspaniałym świecie – to być kimś. Nie warto zmarnować życia – tego przypadkowego prezentu – na banalność i tuzinkowość”. Włodek ten cel zrealizował. Był więcej niż kimś. Na trwałe zapisał się w dziejach taternictwa, nie tylko jako najlepszy znawca topografii Tatr ale również jako autor wielu nowych dróg wspinaczkowych, 19 tomów szczegółowego przewodnika po Tatrach, wielu nazw topograficznych, ciekawych tur górskich, wspinaczek „na żywca”, a przede wszystkim solowego, rekordowego przejścia, w stylu czysto sportowym, Głównej Grani Tatr w ciągu 3,5 dnia w 1975 roku.

Do ostatnich dni życia był niezwykle aktywny. Trzy dni przed tragiczną wspinaczką usłyszał od pewnej pani komplement – „Ładnie się pan starzeje”, który wprawił go w dobry nastrój. Realizował się w wielu dziedzinach. Były to nie tylko Tatry, sex i polityka, jak napisał w podtytule swojej autobiografii „Góral z Wilna” ale także brydż, szachy, muzyka a przy okazji również praca zawodowa, zgodna z jego wykształceniem. Na szczęście udało mu się znaleźć taką pracę, że miał sporo czasu na Tatry, bo przecież to one zadecydowały o tym, że zamieszkał w Zakopanem.

Tatry – jak przyznaje – zobaczył po raz pierwszy z Babiej Góry w wieku 19 lat, kiedy był po drugim roku Politechniki Gdańskiej. W czasie wakacji odwiedził rodziców, którzy przebywali tam na wczasach. Wszedł nie bez oporu na Babią Górę, zobaczył Tatry i zdębiał z wrażenia. I tak się zaczęło. W arkana wspinaczki wprowadzał go Andrzej Nowacki, który studiował na tym samym wydziale. Potem był kurs taternicki coraz częstsze wyjazdy w Tatry, zapisał się do Klubu Wysokogórskiego w Trójmieście. Po studiach odrobił dwa lat fundowanego stypendium w krakowskiej geofizyce – stąd znacznie bliżej było już w Tatry – a w 1965 roku zamieszkał w wynajętym pokoiku w Kirach i zatrudnił się w ZURiT, naprawiają radia i telewizory. To właśnie w tym okresie poznałem Włodka, który potem nieraz bywał u nas w domu na Skibówkach. Graliśmy w brydża, popijając Vermouth. Z Kir do pracy w Zakopanem chodził nieraz dziwnymi drogami. Kiedyś za trzy godziny, przez Czerwone Wierchy, był już o godz. 8 w warsztacie ZURiT, przy ul. Nowotarskiej. W następnym roku zaczynał się kurs przewodnicki, który prowadził Witold Paryski. Zapisaliśmy się, Włodek, ja, Piotrek Malinowski, który po ukończeniu szkoły w Warszawie powrócił do Zakopanego oraz Józek Olszewski, posiadający już pokaźny dorobek taternicki, uczestnik przejścia Głównej Grani Tatr w 1960 roku. Kurs trwał niespełna rok. Włodek, który lubił geografię, łatwo zapamiętywał szczegóły topografii tatrzańskiej i od razu zyskał sympatię Mistrza. Podtatrze i przyległe pasma górskie, w zasadzie go nie interesowały. Paryski, który znał jego zainteresowanie wyłącznie Tatrami, zadał mu z Podtatrza tylko jedno pytanie: – Wymieńcie kolego, gdzie znajdują się na naszym terenie przekaźniki radiowo-telewizyjne, co oczywiście Włodkowi nie sprawiło trudności – chodziło o Gubałówkę, Kralovom hole i Luboń Wielki. Egzamin z Podtatrza zdał a z topografii Tatr już wtedy był bardzo dobry. Blachę przewodnicką odebrał z dumą z rąk samego Mistrza na Gerlachu. W tamtych latach został kandydatem w Pogotowiu Górskim, a w 1967 roku złożył przysięgę ratowniczą. Ucieszył się kiedy zaproponowano mu pracę w Stacji Linii Radiowej na Luboniu Wielkim koło Rabki. Co prawda było to dalej od Tatr ale za to, co za praca – tydzień pracy non stop a potem dwa tygodnie wolne. Mieszkanie bliżej, bo na Krzeptówkach, załatwił mu „Ujek” Krzeptowski, ratownik i przewodnik tatrzański. Włodek mógł już dodatkowo zarobić na wycieczkach, jako przewodnik. Dostawał z BORT PTTK zlecenia i oprowadzał wycieczki – szkolne, grupy z PGR, kopalń i innych zakładów pracy. Ale to nie była praca, która dawałaby mu satysfakcję. Kiedy tylko mógł wyrywał się w Tatry na wspinaczki, bądź to z partnerem ale często samotnie. Wiele w tym czasie przeszedł dróg wspinaczkowych, „na żywca”, nie przekraczając V stopnia trudności. W czasie dyżurów na Luboniu, biegał wczesnym rankiem po lasach a w razie deszczu po schodach 7 piętrowego obiektu, uzyskując czasem wynik przewyższenia taki jak z Morskiego Oka na Rysy i z powrotem. Dbał o kondycję a w dniach wolnych od pracy zaliczał kolejne szczyty w Tatrach i drogi wspinaczkowe. Na niektórych szczytach przeszedł wszystkie drogi a nawet poprowadził własne. Przygotowywał się solidnie do przejścia solowego Głównej Grani Tatr, przechodząc wcześniej poszczególne fragmenty grani. Co prawda Krzysiek Żurek ubiegł go w realizacji tego projektu ale Włodek zrobił to w tylu sportowym, nie miał założonych na grani składów, wszystko niósł z sobą. Przejście to w ciągu 3,5 dnia uważał za swoje największe osiągnięcie tatrzańskie. Wszedł w Tatrach na wszystkie nazwane szczyty i turniczki a na niektórych był wielokrotnie.

By zostać ratownikiem musiał nauczyć się dobrze jeździć na nartach. Przyznaje, że w czasie pierwszego zjazdu z Kasprowego przez Goryczkową zaliczył ponad 30 upadków, ale potem będąc na dyżurach uparcie trenował, nogi miał silne, kondycję też, gorzej było w techniką. Miałem kiedyś z Włodkiem obstawę treningu super giganta na Goryczkowej. Po zakończonym przejeździe zawodników, zaczęliśmy zjeżdżać z pustą akią z Przełęczy Goryczkowej do Kuźnic. Włodek z przodu przy dyszelkach ja z tyłu. Pojechał ostro po bramkach, z coraz większą prędkością a z „Buli nad Polakiem” po muldach prosto w dół do nartostrady. Myślałem wtedy, że już po nas, ale jakoś się udało. Więcej już z Włodkiem z akią nie zjeżdżałem. Przez prawie 40 lat Włodek pełnił dyżury ratownicze w schronisku przy Morskim Oku. To był jego ulubiony rejon Tatr Polskich. Wczesnym rankiem „pomykał” na któryś z sąsiednich szczytów, a kiedy do schroniska dochodzili pierwsi turyści, był już w dyżurce ratowniczej. Przez ten cały okres pracy ochotniczej a potem również zawodowej w Pogotowiu Tatrzańskim, należał do najaktywniejszych ratowników, prawie co roku otrzymywał nagrodę Naczelnika TOPR za największą ilość przepracowanych godzin. Warto przypomnieć, że Włodek był jednym w głównych inicjatorów reaktywowania TOPR na początku lat 90. Uczestniczył w ponad 500 wyprawach a za swoje zasługi w ratownictwie został odznaczony Krzyżem Oficerskim OOP a potem Krzyżem Komandorskim OOP.

Włodek szybko awansował w karierze przewodnickiej. Już w 1969 roku został przewodnikiem II klasy a w następnym I klasy. Jako specjalista od topografii Tatr został członkiem Komisji Egzaminacyjnej dla przewodników tatrzańskich, potem jej przewodniczącym. Na każdym kursie przewodnickim dzielił się swoją wiedzą a jego wykłady cieszyły się ogromnym powodzeniem. Wyszkolił wielu bardzo dobrych przewodników i ratowników tatrzańskich. Po latach zrezygnował, kiedy zostały wprowadzone przepisy regulujące przebieg egzaminu, z czym Włodek się nie zgadzał. W ostatnich latach, chociaż nie był członkiem komisji, to nadal szkolił nowych przewodników zarówno na wykładach jak i w terenie i wszyscy dziwili się jaką ma jeszcze świetną kondycję. Część swojej wiedzy przekazał w 18 tomach szczegółowego przewodnika po Tatrach, którego ostatni 19 tom „Główna Grań Tatr” ukaże się już pośmiertnie. Początkowo planował współpracę z Witoldem Paryskim. Kiedy współpraca nie układała się, bo każdy z nich miał swoją koncepcję, Włodek sam postanowił podjąć się realizacji wielotomowego dzieła, które jak szacował wstępnie miało się składać z 60 tomów. Od zarania swego taternictwa był zagorzałem obrońcą przyrody tatrzańskiej, co podkreślał na każdym kroku, prawie w każdym swoim tomie przewodnika a także na wykładach.

To tylko kilka moich wspomnień o Włodku, głównie z początkowego okresu jego działalności w Tatrach. Wiele by można napisać o jego pozostałych pasjach, zainteresowaniach i poglądach oraz Włodku jako człowieku. Odsyłam czytelników do blogu na stronie TP, do tekstu Maćka Krupy, który niezwykle trafnie charakteryzuje osobowość Włodka.

Apoloniusz Rajwa
20.10.2013